Chodziła za mną od dawna.
Tarta tatin.
Kolejny wypiek pod wpływem "Słodkiego życia w Paryżu" w mojej domowej wersji.
Wieczory robią
się już coraz bardziej jesienne, więc tarta tatin w towarzystwie
ciepłej herbaty sprawdzi się idealnie na wieczór przy zdjęciach z
wakacji i długich opowieściach.
Pani, która jako pierwsza ją stworzyła i stowarzyszenie broniące oryginalnego przepisu nie byłaby zadowolona dodatkiem do nadzienia moreli. Ze względu na użyte przeze mnie kwaśne, ogrodowe jabłka, pomarańczowo-żółte cuda idealnie dosładzały całość.
Do jabłek słów kilka.
Najlepsze to te o intensywnym smaku, średniej wielkości, Golden Delicious (sama za nimi nie przepadam, są u mnie średnio dostępne). Powinny leżeć zaokrągleniem do dołu ("na baczność").
Jak już wspomniałam użyłam tych ogrodowych, nieregularnych. Pokroiłam jak się najlepiej dało i po prostu wrzuciłam do rondla "na raz". Nie przejmowałam się tym. Jak na pierwsze pieczenie tarty tatin jestem niesamowicie zadowolona i dumna, że wszystko wyszło jak powinno, nie rozpadłszy się po drodze.
Polecam! :)
Tarta tatin
ciasto*:
wg Jamiego Oliviera z moim dodatkiem cynamonu
- 125g masła
- 100g cukru pudru
- szczypta soli
- 250g mąki
- 2 żółtka
- skórka z połowy cytryny
- 1/2 łyżeczki cynamonu
- 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
- 2 łyżki wody
Masło ucieramy z cukrem i solą. Dodajemy mąkę, skórkę z cytryny,
żółtka, cynamon i wanilię. Wyrabiamy (mikserem lub ręcznie) do uzyskania masy o
konsystencji bułki tartej.
Dolewamy wodę i zagniatamy.
Uformowane w kulę i owinięte w folię ciasto wkładamy do lodówki na godzinę.
nadzienie:
przepis własny
- 1kg jabłek (u mnie 700g jabłek, 300g moreli)
- 40-45g masła (najlepszego!)
- 200g brązowego cukru
- sok z połowy cytryny
- cukier puder do posypania
Owoce (jabłka) obieramy i pozbawiamy gniazd nasiennych/pestek. Kroimy w ćwiartki.
Polewamy sokiem z cytryny, odstawiamy.
Masło rozpuszczamy w żeliwnym rondlu i dodajemy cukier.
Mieszamy aż do rozpuszczenia i powolnego wrzenia. Teraz robi się karmel.
Gdy zaczyna coraz bardziej bulgotać, a masa gęstnieć wkładamy owoce.
Najlepiej gdy "stoją na baczność" stroną wewnętrzną do góry.
Gotujemy na małym ogniu ok 20-25 minut, dociskając i polewając tworzącym się sosem (pod koniec można przykryć rondel przykrywką)
Nie martwcie się ilością owoców, zmniejszą swoją objętość.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.
Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy na okrągły, cienki placek o średnicy większej o 2 cm, od średnicy rondla.
Przykrywamy nim owoce w karmelu, końce zawijając do środka.
Pieczemy w górnej części piekarnika ok 30-35 minut.
Podajemy na ciepło lub zimno, z lodami/creme fraiche.
*Robiłam tartę tatin pierwszy raz. Następnym zmniejszę ilość cista do 3/4 porcji.
Jeśli ktoś lubi dużo kruchego, niech zrobi tak jak jest :)
Smacznego!
Pozdrawiam!
Paraline
ps. Marzy mi się zjeść kawałek przy takim uroczym stoliczku i znów poczuć zapach paryskiego powietrza.
Ktoś wypatrzył tanie loty? ;)
Nie mogę uwierzyć, że mijają trzy lata odkąd Lendryggen pojawił się w sieci.
Ostatni rok nie należał do łatwych i przyjemnych, tym bardziej owocnych dla bloga. Dało się to wyraźnie odczuć. Myślę, że czasem różne życiowe sytuacje nie pojawiają się przypadkowo. Skupiają nas na tym co naprawdę najważniejsze i pomimo obrotu o 180 stopni prostują nasze ścieżki, ujawniając nowe, niesamowite i nieprzewidywalne zakątki.
Blog swoje odczekał. Zdążył pokryć się dużą warstwą kurzu. Popatrzyłam z dystansu na swoje podejście do blogowania i blogosfery. Cieszę się, że miałam czas zwątpienia i poczucia beznadziei. To on doprowadził mnie do miejsca, w którym jestem teraz, dał mi siłę i ogrom możliwości.
Tak więc trzeci rok za nami. Otwieram czwarty, z nowymi, czystymi kartami. Będzie pięknie!
Ostatnimi czasy znów zafascynował mnie Paryż i francuskie życie. Jestem pod wpływem Madame Chic i Davida Lebovitza za sprawą jego "Słodkiego życia w Paryżu". Chłonę wszystko co tamtejsze i słucham niesamowitej Natashy (dlaczego ta płyta nie jest dostępna w Polsce?). Marzę o stylowych okularach przeciwsłonecznych, granatowym, idealnie skrojonym żakiecie i pudełeczku makaroników z Laduree.
Piękny czwarty rok rozpoczynam elegancko i z umiarem. Będą bezy.
Długo z nimi walczyłam. Udało się! W końcu.
Podpatrzone u Davida z moją wersją dodatków. Przenoszą gdzieś daleko.
Myślę, że przez żołądek do serca też przeniosą, jeśli będzie trzeba :)
Bezy cynamonowe z gęstym konfiturą jagodową i ganache
na 9-12 sztuk, w zależności od wielkości bez
bezy:
podwojona porcja, przepis David Lebovitz
- 4 duże białka w temperaturze pokojowej
- duża szczypta soli
- 150 g cukru
- 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
- 2/3 łyżeczki mielonego cynamonu
Piekarnik rozgrzewamy do 100 stopni*.
Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Wciąż ubijając dodajemy kolejno cukier, po łyżce, następnie wanilię i cynamon.
Masa jest gotowa, gdy jest gładka i lśniąca, a po wyjęciu końcówek miksera tworzy ładny, lekko zawinięty czubek.
Na wyłożonej papierem do pieczenia blasze formujemy 9-12 krążków bezowych (za pomocą łyżki lub rękawa cukierniczego).
Pieczemy przez godzinę, po tym czasie wyłączamy go, zostawiając bezy w środku na kolejną godzinę. Wyjmujemy i pozostawiamy do całkowitego wystudzenia (u mnie była to cała noc).
* Swoje piekłam 25 min w 120st, następnie przez 40min w 100st.
Wyszły takie jak lubię, chrupiące na zewnątrz i lekko ciągnące w środku.
Sos jagodowy
- 500g świeżych lub mrożonych jagód
- 5 łyżek cukru
Jagody podsmażamy z cukrem, aż puszczą sok i zaczną bulgotać.
Są idealne jeśli mają konsystencję dżemu.
Ganache
- 100g gorzkiej czekolady
- 200ml śmietanki 30%
Czekoladę rozdrabniamy. Śmietankę podgrzewamy prawie do wrzenia.
Zalewamy nią czekoladę, mieszając do połączenia się składników.
Masa tężeje podczas studzenia. Nie polecam przechowywać w lodówce, zrobi się twarda.
Moje ganache studziło się w zimnym piekarniku.
Podanie:
Bezę wykładamy na talerzyk deserowy, polewamy ciepłym sosem i ganache.
Podajemy od razu z ulubioną kawą.
Smacznego!
Praline
ps. Dziś rocznica urodzin Claude Debussy'ego. Google przygotowało piękną niespodziankę.
To dziś.
Przemyślenia i przepis później.
Posyłam Wam szerokie i serdeczne uśmiechy!
Dziękuję!
Praline
Cenię sobie każdą taką chwilę. Taką kruchą jak skorupka przepiórczego jaja.
Zapamiętuję obrazy i dźwięki.
Cukiniową zieleń, lekko szklistą pod wpływem wysokich temperatur.
Różowo-bordowy boczek i charakterystyczne trzaski smażenia malutkich kosteczek.
Odgłos drewnianej łyżki uderzającej o dno rondla.
Nieporównywalny z niczym, dotyk gruboziarnistej soli rozcieranej w palcach.
Małe dzieła sztuki.
A to wszystko, prawie jak modlitwa, nad talerzem makaronu.
Makaron z przepiórczym jajem
na 2 porcje
- 120g makaronu
- 300g cukinii
- 100g wędzonego
- 1 łyżka oliwy
- 8 malutkich trójkącików sera camembert (lub innego łagodnego pleśniowego)
- 6 przepiórczych jajek
- sól morska
Makaron gotujemy w osolonej wodzie al dente.
W rondelku podsmażamy boczek, aż wytopi się tłuszcz.
Podsmażamy cukinię ok 4 minuty, ma lekko zmięknąć, ale nie rozpadać się.
Dodajemy do makaronu, mieszamy.
Jajka wkładamy do gotującej się wody i gotujemy ok 1,5 minuty (wtedy są idealne).
Obieramy, kroimy na pół i układamy na makaronie.
Pomiędzy makaron wkładamy trojkąciki sera.
Delikatnie oprószamy makaron solą.
Podajemy od razu.
Smacznego!
Dobrego tygodnia!
Praline
Żar leje się z nieba.
Ostatnią rzeczą, o której większość marzy, jest dogrzewanie mieszkania pracującym na pełnych obrotach piekarnikiem i rozgrzanymi patelniami.
Czego jednak nie robi się dla ludzi, których lubi/kocha się karmić i gościć..
Wtedy nawet gorąc nie wydaje się taki straszny, a uśmiechy warte są o wiele więcej.
Bardzo spontaniczny wybór przekąsek, na chwilę przeniósł nas gdzieś daleko, za Atlantyk.
Wbrew pozorom pracy nie jest dużo. Trzeba tylko wszystko logicznie rozplanować.
To moje pierwsze spotkanie z mąką kukurydzianą, na pewno nie ostatnie!
Brakiem specjalnej prasy do tortilli nie przejmowałam się za bardzo, z pomocą przyszedł mi Wujek Google i jego pomysły.
Jeśli nie chce się Wam przygotowywać tortilli, zróbcie sam chutnej.
Jego słodki smak pieczonych papryk idealnie komponuje się z ostrością tabasco i chilli oraz intrygującymi, lekko wyczuwalnymi nutami cynamonu.
Będzie idealnym dodatkiem do grillowanych mięs.
Letnie tortille kukurydziane z chutney'em paprykowym
Tortille
8 sztuk
- 120g mąki kukurydzianej
- 80g mąki przennej
- 20g miękkiego smalcu/masła
- 160ml letniej wody
- sól
Wszystkie składniki zagniatamy na ciasto. Dajemy mu chwilę odpocząć ok. 20 min.
Dzielimy na 8 części (kulek).
Każdą wkładamy pomiędzy dwa kawałki folii spożywczej (dobrze ją oprószyć mąką kukurydzianą) i jak najmocniej obciążamy (np. foremką do tarty), do uzyskania jak najcieńszego placuszka.
Smażymy na bardzo mocno rozgrzanej patelni/blasze, BEZ dodatku tłuszczu, około 1,5 minuty z każdej strony.
Ja swoje tortille pokroiłam na 6 części, były dużo poręczniejsze.
Chutney z pieczonych papryk
- 2 duże czerwone papryki
- 2 duże żółte papryki
- 2 dorodne pomidory
- 1 czerwona cebula
- 70g brązowego cukru
- 2 łyżki octu winnego
- 1/2 łyżeczki tabasco
- 1/2 łyżeczki mielonej kolendry
- szczypta cynamonu
- mała, posiekana papryczka chilli bez pestek (opcjonalnie, dla wielbicieli ostrego)
- sól
- pieprz ziołowy
Piekarnik rozgrzewamy do 200st.
Papryki, pomidory myjemy, cebulę obieramy. Układamy na blasze wyłożonej folią aluminiową i pieczemy ok 40 minut, co jakiś czas obracając, by przypiekły się z każdej strony.
Gdy na skórce pojawiają się czarne plamy, to dobrze.
Studzimy, aby nie poparzyć sobie palców przy obieraniu!
Obieramy warzywa ze skórek, papryki pozbawiamy ogonków i pestek.
Miksujemy.
Podgrzewamy w rondelku z resztą składników.
Gotujemy ok 10 minut.
Przekładamy do słoja, pozostawiamy do wystygnięcia.
(Można też zapakować do mniejszych słoiczków, zapasteryzować i schować do spiżarni)
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
Półmetek lata.
Dorodne maliny przeciążają krzaczki i błyszczą w mocnym słońcu.
Na straganie w miasteczku stają się coraz tańsze.
Wybrane, piękniejsze (w artystycznym nieładzie) układają się na tarcie, te mniej urodziwe trafiają do koktajlu.
Czas płynie po swojemu, pies wygrzewa się na betonie, a sąsiedzi śmieją się głośno.
Leniwy dzień, z leniwym śniadaniem nabiera tempa, gdy nadchodzi zmrok.
Na dobranoc, późny deser.
Tarta z malinami, mascarpone i syropem z mniszka lekarskiego
spód:
kruche ciasto wg przepisu Jamiego Oliviera z "Włoskiej wyprawy Jamiego"
- 125g masła
- 250g mąki
- 100g cukru pudru
- szczypta soli
- 2 żółtka
- skórka otarta z 1/2 cytryny
- 2 łyżki zimnego mleka
Foremkę do tarty o średnicy 28cm wysmarowujemy niewielką ilością masła (jeśli nie ma wyjmowanego dna, na spód kładziemy wycięty z papieru do pieczenia krążek).
Resztę masła ucieramy z cukrem i solą. Dodajemy mąkę, skórkę z cytryny i żółtka. Wyrabiamy (mikserem lub ręcznie) do uzyskania masy o konsystencji bułki tartej.
Dolewamy mleko i zagniatamy.
Uformowane w kulę i owinięte w folię ciasto wkładamy do lodówki na godzinę.
Po tym czasie wyjmujemy je, rozwałkowujemy i wykładamy do formy.
Wsadzamy na kolejną godzinę do zamrażalnika.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 st. Ciasto nakłuwamy widelcem (można też obciążyć np. ryżem lub fasolą, aby nie urosło w trakcie pieczenia).
Pieczemy ok 35-40 minut do uzyskania złotego koloru.
Po wyjęciu studzimy.
nadzienie:
- 250g mascarpone
- 3 łyżki cukru pudru
- 200ml śmietany 30%
- łyżeczka esencji waniliowej
- skórka otarta z 1/2 sytryny
Śmietanę lekko ubijamy, do uzyskania konsystencji lekkiej. półpłynnej pianki.
W drugiej misce miksujemy mascarpone z cukrem, stopniowo dodając śmietanę i resztę składników.
Wykładamy na wystudzony spód.
wierzch:
- 600g malin
- 3 łyżki syropu z mniszka lekarskiego (jeśli nie mamy, można pominąć)
- 1 łyżka dżemu malinowego
Maliny układamy na wierzchu (mniej lub bardziej symetrycznie :))
Syrop podgrzewamy z dżemem i łyżką polewamy po owocach.
Tarta najlepsza jest po kilku godzinach w lodówce.
Smacznego!
Praline
Miekkie i dlugie, choc kaprysne.
Lubie je.
Dobranoc.
P