czwartek, 5 marca 2015
poniedziałek, 2 marca 2015
piątek, 27 lutego 2015
Pasztet z gotowanego mięsa, czerwonej soczewicy i suszonych pomidorów
Jest piątek, więc czas weekendowych zakupów i niedzielnego rosołu nadchodzi.
Najbliższe dni, jak każda sobota i niedziela, z założenia będą spokojne i wolne od tygodniowego zgiełku oraz zabiegania.
Po weekendzie do strudzonych pań i panów domu powróci pytanie porosołowe, co zrobić z mięsem?
Z rozwiązaniem przychodzi dzisiejszy post.
Choć sama nigdy nie zastanawiałam się co robiły moje babcie i rodzice z tym faktem, ostatnio postanowiłam zmierzyć się z pozornym problemem.
Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że mięso z zupy traci dużo swojego aromatu, a jego przegotowanie sprawia, że staje się twarde i żylaste. Uratować sytuacje mogą przyprawy oraz wszelkiego rodzaju tłuszcze, które są nośnikami smaku.
Najpopularniejszym pomysłem jest pasztet.
Odczarowanie standardowej wersji "mięso i nic więcej" nie jest trudne. Jako bazy użyłam czerwonej soczewicy, a delikatną konsystencję i cudowny aromat zapewniają suszone pomidory.
Musicie spróbować!
Pasztet z gotowanego mięsa, czerwonej soczewicy i suszonych pomidorów
na średnią keksówkę
Soczewicę zalewamy wodą na noc.
Następnego dnia.
Foremkę smarujemy masłem i wykładamy papierem do pieczenia.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Namoczoną soczewicę gotujemy (w nowej wodzie!) bez dodatku soli. Studzimy.
Mięso (najlepiej w mniejszych kawałkach), soczewicę, pomidory i przyprawy razem miksujemy w malakserze na jednolitą masę.
Po doprawieniu do smaku dodajemy jaka i jeszcze chwilę miksujemy.
Tak przygotowany pasztet przekładamy do foremki i pieczemy 50-55 minut (grzanie góra-dół).
Podajemy po całkowitym ostudzeniu, najlepiej po nocy w lodowce.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
Najbliższe dni, jak każda sobota i niedziela, z założenia będą spokojne i wolne od tygodniowego zgiełku oraz zabiegania.
Po weekendzie do strudzonych pań i panów domu powróci pytanie porosołowe, co zrobić z mięsem?
Z rozwiązaniem przychodzi dzisiejszy post.
Choć sama nigdy nie zastanawiałam się co robiły moje babcie i rodzice z tym faktem, ostatnio postanowiłam zmierzyć się z pozornym problemem.
Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że mięso z zupy traci dużo swojego aromatu, a jego przegotowanie sprawia, że staje się twarde i żylaste. Uratować sytuacje mogą przyprawy oraz wszelkiego rodzaju tłuszcze, które są nośnikami smaku.
Najpopularniejszym pomysłem jest pasztet.
Odczarowanie standardowej wersji "mięso i nic więcej" nie jest trudne. Jako bazy użyłam czerwonej soczewicy, a delikatną konsystencję i cudowny aromat zapewniają suszone pomidory.
Musicie spróbować!
Pasztet z gotowanego mięsa, czerwonej soczewicy i suszonych pomidorów
na średnią keksówkę
- 400g ugotowanego mięsa (mieszanego np. z rosołu)
- 150g czerwonej soczewicy
- 80g suszonych pomidorów
- 5 łyżek oliwy lub oleju (użyłam oliwy, w której były pomidory)
- 3 jajka
- 1 natka pietruszki (lub 2 łyżki suszonej)
- 1 łyżeczka soku z cytryny
- sól morska
- świeżo mielony pieprz
Soczewicę zalewamy wodą na noc.
Następnego dnia.
Foremkę smarujemy masłem i wykładamy papierem do pieczenia.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Namoczoną soczewicę gotujemy (w nowej wodzie!) bez dodatku soli. Studzimy.
Mięso (najlepiej w mniejszych kawałkach), soczewicę, pomidory i przyprawy razem miksujemy w malakserze na jednolitą masę.
Po doprawieniu do smaku dodajemy jaka i jeszcze chwilę miksujemy.
Tak przygotowany pasztet przekładamy do foremki i pieczemy 50-55 minut (grzanie góra-dół).
Podajemy po całkowitym ostudzeniu, najlepiej po nocy w lodowce.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
czwartek, 19 lutego 2015
Sernik kokosowo-kajmakowy
Do tego, że jestem wielką fanką serników nikomu nie muszę się
przyznawać.
Piekę je stosunkowo bardzo rzadko, co ma zbawienny wpływ na moje
zdrowie.
Ostatnio wpadła mi w ręce pierwsza, owiana już prawie legendą,
książka Liski.
Nie sądziłam, że znajdę w niej tyle przepisów odpowiadających
moim gustom. Jest z czego wybierać i już teraz wiem, że na jednym
razie nasza przygoda się nie zakończy.
Dodałam do masy odrobinę wiórków kokosowych, żeby jeszcze
bardziej podkreślić kokosowy charakter sernika.
Choć w oryginale też jej nie ma, dodałam od siebie jeszcze polewę
czekoladową.
Nie wiem jak to możliwe, ale pięknie dopełnia idealną kompozycję
składników. Zabiera co prawda trochę czasu podczas przygotowań,
więc jeśli tego nie macie pod dostatkiem, płatki (lub wiórki)
kokosowe wysypcie prosto na kajmak.
Sernik sam w sobie jest bardzo sycący i po jednym kawałku choć
chce się więcej, nie ma już sił na dokładkę.
Sernik
kokosowo-kajmakowy
za Elizą Mórawską w Słodkie
Spód
- 300g ciastek czekoladowych
- 50g masła
Masa serowa
- 800g sera kremowego
- 200g cukru pudru
- 2 jajka
- 30g mąki ziemniaczanej
Wierzch
- 200g masy kajmakowej (oryginalnie 100g)
- 100g gorzkiej czekolady
- 4 łyżki śmietanki kremówki
- 2 łyżki masła
- 50g wiórków kokosowych (oryginalne płatki kokosowe)
Okrągłą foremkę
o średnicy 26 cm smarujemy masłem i wykładamy papierem do
pieczenia.
Pielarnik nagrzewamy
do 160 stopni.
Ciasteczka kruszymy.
Masło rozpuszczamy. Łaczymy razem.
Tak przygotowaną
sypiącą się masę wykładamy na spód foremki.
Wkładamy do lodówki
na czas przygotowywania masy serowej.
Ser miksujemy z
cukrem. Następnie odajemy po jednym jajku, a na końcu mąkę
ziemniaczaną.
Masę przelewamy na
schłodzony spód.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
piątek, 13 lutego 2015
Bułki amarantusowe
Witajcie!
Zgodnie z facebookową obietnicą, dziś bułki amarantusowe.
Kiedy tylko odwiedzam mój dom rodzinny, piekę bez przerwy.
Każdy wraca do domu z innego powodu. Moje oczy szklą się na widok piekarnika.
Tak więc i oto podczas ostatniej wizyty w przelocie poczyniłam bułki.
Ze względu na stosunkowo spory dodatek mąki amarantusowej ciasto mocno się klei. Pomimo tego jest bardzo wdzięczne we współpracy.
Z mojego bazowego przepisu na bułki, wyrzuciłam standardowe dodatki, zastępując je szlachetniejszymi odpowiednikami.
Orzechowy aromat mąki amarantusowej, wyjątkowość najlepszej jaką macie oliwy z oliwek i orzeźwiająca sól morska układają się w kompatybilną całość, tworząc śniadanie idealne!
Zapraszam!
Bułki amarantusowe
na 12 średnich sztuk lub 9 dużych
W miseczce przygotowujemy zaczyn. Drożdże i cukier rozpuszczamy w 100ml wody, odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 15 minut.
Do dużej miski przesiewamy obie mąki.
Dodajemy zaczyn i resztę składników i wyrabiamy ciasto, aż zacznie odchodzić od ręki.
Odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 30 minut, pod przykryciem z lekko wilgotnej ściereczki.
Na blaszce dostosowanej do piekarnika wykładamy papier do pieczenia.
Piekarnik nagrzewamy do 180st.
Teraz formujemy bułki. Po cztery w trzech rzędach. W tym miejscu można posmarować ich wierzch rozbełtanym jajkiem lub mlekiem.
Odstawiamy do już ostatniego wyrośnięcia na na 15-20 minut.
Pieczemy 20 minut. Studzimy.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
Mąką z prażonego amarantusa zdążyła zapuścić korzenie w mojej szufladzie.
W końcu przyszedł jej wielki dzień i zdążyła pokazać swoje oblicze przed upłynięciem daty przydatności do spożycia.Kiedy tylko odwiedzam mój dom rodzinny, piekę bez przerwy.
Każdy wraca do domu z innego powodu. Moje oczy szklą się na widok piekarnika.
Tak więc i oto podczas ostatniej wizyty w przelocie poczyniłam bułki.
Ze względu na stosunkowo spory dodatek mąki amarantusowej ciasto mocno się klei. Pomimo tego jest bardzo wdzięczne we współpracy.
Z mojego bazowego przepisu na bułki, wyrzuciłam standardowe dodatki, zastępując je szlachetniejszymi odpowiednikami.
Orzechowy aromat mąki amarantusowej, wyjątkowość najlepszej jaką macie oliwy z oliwek i orzeźwiająca sól morska układają się w kompatybilną całość, tworząc śniadanie idealne!
Zapraszam!
na 12 średnich sztuk lub 9 dużych
- 400g mąki pszennej
- 100g prażonej mąki amarantusowej
- 50g drożdży
- 300-350ml ciepłej wody
- 40g oliwy z oliwek (4 łyżki)
- 1 łyżeczka cukru
- 1 łyżeczka soli morskiej (utłuczonej w moździerzu)
- ewentualnie 1 jajko/50ml mleka
W miseczce przygotowujemy zaczyn. Drożdże i cukier rozpuszczamy w 100ml wody, odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 15 minut.
Do dużej miski przesiewamy obie mąki.
Dodajemy zaczyn i resztę składników i wyrabiamy ciasto, aż zacznie odchodzić od ręki.
Odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 30 minut, pod przykryciem z lekko wilgotnej ściereczki.
Na blaszce dostosowanej do piekarnika wykładamy papier do pieczenia.
Piekarnik nagrzewamy do 180st.
Teraz formujemy bułki. Po cztery w trzech rzędach. W tym miejscu można posmarować ich wierzch rozbełtanym jajkiem lub mlekiem.
Odstawiamy do już ostatniego wyrośnięcia na na 15-20 minut.
Pieczemy 20 minut. Studzimy.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
ps.
piątek, 30 stycznia 2015
Nigdy nie żałuj jednego uśmiechu
Ja jak zwykle kalkulowałam, że nie stać mnie na kolejną „zwykłą czarną”, bo miałam oszczędzać na nowy telefon, kaszmirowy sweter i weekend w Paryżu. Trudno, weszłam. Jak zwykle.
To uczucie, kiedy
czujesz się jak człowiek na poziomie. Bo cię stać, bo masz fajne
okulary. Po raz kolejny rzuciłam grzeczne i szczere „dzień dobry,
zwykłą czarną poproszę”. A ona za ladą znów popatrzyła na
mnie wzrokiem „serio?”. Szybko dodałam „chyba, że macie coś
bez mleka”.
Mieli. Zapłaciłam.
Rzuciła rzeczy w kąt i dopiero go zauważyłam. W jednej z tych
sieciowych, dworcowych kawiarni. Zaraz przy szybie. Na pierwszy rzut
oka niezauważony. Siedział i czytał. Albo przeglądał fejsa. Miał
idealne okulary i bystre oczy. I obserwował mnie od wejścia. Kiedy
czekam też to robi. Niby ukradkiem, ale zauważalnie.
A ja znów udaję
księżniczkę i tylko uśmiecham się pod nosem. Odbieram kawę,
zdejmuję płaszcz, poprawiam włosy.
Odwracam się, żeby
w końcu przyłapać to spojrzenie i odwzajemnić się uśmiechem.
A jego już nie ma.
Czy właśnie
zaprzepaściłam szansę na wielkie laf story, albo miłe 1o minut czekania?
Nie żałuj
uśmiechu. Nigdy nie wiesz kiedy okazje do obdzielenia nim innych się
skończą.
A czekoladowa kawa
bez mleka i bitej śmietaty przybierze gorzki smak.
Praline
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Słodki Wierzynek, czyli królewskie desery w sercu Krakowa.
Miejsce, które wypłukuje z mojego portfela ostatnie pieniądze i dba o motywacje do ćwiczeń fizycznych. Jedyne tego typu, które odwiedzam.
Słodka i młodsza siostra owianego legendą krakowskiego Wierzynka. Startując z takiej pozycji nie mogła być klapą.
Otwarta w samym sercu Rynku Głównego kawiarnia zalewa kilogramami słodyczy w bardzo przystępnej jak na takie miejsce cenie.
Jedyne czego możemy się obawiać, to braku wolnego stolika, szczególnie popołudniami i wieczorem.
Idealne dla wymagających, poszukujących kameralnego miejsca na kawę i coś słodkiego.
Idealne także dla turystów spragnionych polskiej tradycji. Flagowym produktem jest czekoladka firmowa z nadzieniem ze śliwowicy. Rozkosz!
Niewątpliwym atutem Słodkiego jest fakt ręcznej manufaktury wszystkiego, co można tam znaleźć. Warto zaznaczyć, że trwa teraz wyprzedaż asortymentu świątecznego (-25%) oraz ruszyła specjalna oferta dla babć i dziadków. Wielkie tuby z wszelakimi ciasteczkami (m.in. maślane, pierniki; 23zł sztuka)
Jeśli będziecie w jego pobliżu polecam spróbować przepysznych makaroników (wyśmienity pomarańczowo-kajmakowy i marcepanowo-pistacjowy). Aby spróbować wszystkich wystarczy codzienne wstępować do Słodkiego Wierzynka na kawę. Jeśli wczesnym rankiem i przedpołudniem przechadzacie się w okolicach Rynku Głównego 15, jest to doskonała okazja, bo do 12 trwają happy hours, kiedy to każda kawa na wynos kosztuje nas 3zł. (!) A do tej kawy, makaronik (2,50zł sztuka).
Gdybyście chcieli zabrać kawek Wierzynka do domu lub podarować go komuś w prezencie, przeznaczyć do tego można wszystko. Przez czekoladki, czekoladowe figurki, ciasta, ciasteczka, alkohole po piękną filiżankę, do użytku wielokrotnego, a wraz z nią kilka słodkości w środku (zestaw 49zł).
Elegancko i przystępnie. Zwróćcie uwagę na okulary dziewczyn za ladą. Co jedne to lepsze.
Pozdrawiam!
Praline
Słodka i młodsza siostra owianego legendą krakowskiego Wierzynka. Startując z takiej pozycji nie mogła być klapą.
Otwarta w samym sercu Rynku Głównego kawiarnia zalewa kilogramami słodyczy w bardzo przystępnej jak na takie miejsce cenie.
![]() |
| Fantastyczny i lekki jak obłoczek torcik malinowy z feerią niespodzianek w środku |
Jedyne czego możemy się obawiać, to braku wolnego stolika, szczególnie popołudniami i wieczorem.
Idealne dla wymagających, poszukujących kameralnego miejsca na kawę i coś słodkiego.
Idealne także dla turystów spragnionych polskiej tradycji. Flagowym produktem jest czekoladka firmowa z nadzieniem ze śliwowicy. Rozkosz!
Niewątpliwym atutem Słodkiego jest fakt ręcznej manufaktury wszystkiego, co można tam znaleźć. Warto zaznaczyć, że trwa teraz wyprzedaż asortymentu świątecznego (-25%) oraz ruszyła specjalna oferta dla babć i dziadków. Wielkie tuby z wszelakimi ciasteczkami (m.in. maślane, pierniki; 23zł sztuka)
Jeśli będziecie w jego pobliżu polecam spróbować przepysznych makaroników (wyśmienity pomarańczowo-kajmakowy i marcepanowo-pistacjowy). Aby spróbować wszystkich wystarczy codzienne wstępować do Słodkiego Wierzynka na kawę. Jeśli wczesnym rankiem i przedpołudniem przechadzacie się w okolicach Rynku Głównego 15, jest to doskonała okazja, bo do 12 trwają happy hours, kiedy to każda kawa na wynos kosztuje nas 3zł. (!) A do tej kawy, makaronik (2,50zł sztuka).
Gdybyście chcieli zabrać kawek Wierzynka do domu lub podarować go komuś w prezencie, przeznaczyć do tego można wszystko. Przez czekoladki, czekoladowe figurki, ciasta, ciasteczka, alkohole po piękną filiżankę, do użytku wielokrotnego, a wraz z nią kilka słodkości w środku (zestaw 49zł).
![]() |
| Mojej jeszcze pilnuje Gustaw, przyjaciel siostry. |
Elegancko i przystępnie. Zwróćcie uwagę na okulary dziewczyn za ladą. Co jedne to lepsze.
Pozdrawiam!
Praline
środa, 14 stycznia 2015
Rogaliki drożdżowe z nadzieniem czekoladowo-orzechowo-wiśniowym
Co roku powrót do rzeczywistości po przerwie świątecznej bywał trudny.
W tym roku było inaczej. Przerwy świątecznej prawie nie było.
Nie było na moje własne życzenie!
Aktywnie spędzony czas procentuje. Procentuje radością i bólem głowy.
Procentuje uśmiechami wdzięczności i zadowolenia.
Procentuje nade wszystko, tak czy siak, świątecznymi kaloriami i melodią kolęd. Tę ostatnią nawet dziś, w dzień iście kwietniowy wygrywał starszy pan na flecie. A siedział na progu zniszczonej kamienicy.
***
W rytmie odjeżdżających pociągów i trzaskających drzwi, piekę ile mogę.
Bo jest kogo karmić.
Dziś zapraszam Was na rogaliki. To chyba jedna z najbardziej wdzięcznych form radosnej drożdżowej twórczości. Wymagają trochę czasu i matematycznego kunsztu, ale nawet laicy w tej drugiej świetnie sobie poradzą.
Nadzienie nie jest przypadkowe. Połączenie orzechów, czekolady i wiśni sprawdza się w każdej sytuacji, w różnym towarzystwie.
Herbaty, kawy, nalewki..
Przepis przyda się na Dzień Babci i Dziadka. Rogaliki to babcina specjalność, dlatego, jak mniemam, ucieszą babcie i dziadków. Bo ci lubią, kiedy wykorzystujemy i ulepszamy to, czego nas nauczyli.
Drożdżowe rogaliki z nadzieniem czekoladowo-orzechowo-wiśniowym
- 1kg mąki
- 100g świeżych drożdży
- 400ml + 150ml ciepłego mleka
- 180g + 2 łyżki cukru
- 1 jajko
- 150g roztopionego masła
Z drożdży, 150ml mleka i 2 łyżek cukry robimy rozczyn (łączymy wszystkie składniki najlepiej drewnianą łyżeczką). Pod ściereczką odstawiamy do wyrośnięcia na około 15 minut.
W dużej misce łączymy resztę składników z zaczynem. Wyrabiamy do uzyskania elastycznego ciasta, którego boki odchodzą od miski.
Odstawiamy do wyrośnięcia na około godzinę (najlepiej do podwojenia objętości).
W tym czasie przygotowujemy nadzienie.
- 200g mielonych/drobno posiekanych orzechów laskowych
- 280g konfitury wiśniowej (sprawdzą się też powidła śliwkowe)
- 100g posiekanej czekolady (u mnie gorzka)
- 2 łyżki kakao
- 1 łyżka płynnego miodu/syropu klonowego/syropu z agawy
- mleko do posmarowania rogalików
Wszystkie składniki łączymy razem.
Ciast dzielimy na 5 części. Każdą cześć rozwałkowujemy na okrągły placek o grubości ok 4-5 milimetrów. Ten zaś dzielimy na 8-12 trójkątów (jak pizzę, w zależności od tego, jak duże chcemy rogaliki).
Każdy trójkąt smarujemy po wewnętrznej stronie łyżeczką nadzienia i zwijamy, od podstawy do czubka. Wierzch smarujemy mlekiem i odstawiamy do ponownego wyrośnięcia na ok 20 minut.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni, pieczemy 15-17 minut.
Studzimy. Przed podaniem oprószamy cukrem pudrem.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
ps. Po długiej przerwie znów do mnie wróciła i zachwyciła. Przesłuchajcie cały album.
wtorek, 30 grudnia 2014
Ostatni makaron (makaron ze szpinakiem i jajkiem w koszulce)
Witajcie!
Bardzo cieszę, się, że ostatni deser przypadł Wam do gustu! Jeśli ktoś go jeszcze nie widział, klik.
Dziś, po raz ostatni w tym roku serwuję coś.
A to nie małe coś, tylko wielkie COŚ.
Jak przystało na porządny koniec, makaron z parmezanem
Z moimi ulubionymi dodatkami.
Jeśli macie małe dzieci/chorujecie/spędzacie sylwestra przed telewizorem/etc. polecam!
Na każdą porę, z lampką wina przy blasku choinkowych lampek i bajkowo prószącego śniegu.
Z uśmiechem na twarzy i spokojem w sercu. Tak właśnie Wam go serwuję.
na dwie porcje
Bardzo cieszę, się, że ostatni deser przypadł Wam do gustu! Jeśli ktoś go jeszcze nie widział, klik.
Dziś, po raz ostatni w tym roku serwuję coś.
A to nie małe coś, tylko wielkie COŚ.
Jak przystało na porządny koniec, makaron z parmezanem
Z moimi ulubionymi dodatkami.
Jeśli macie małe dzieci/chorujecie/spędzacie sylwestra przed telewizorem/etc. polecam!
Na każdą porę, z lampką wina przy blasku choinkowych lampek i bajkowo prószącego śniegu.
Z uśmiechem na twarzy i spokojem w sercu. Tak właśnie Wam go serwuję.
na dwie porcje
- 150g makaronu (spaghetti lub tagliatelle)
- 4 łyżki oliwy z oliwek
- 4 duże ząbki czosnku
- 1 cebula
- 500g szpinaku
- 2 jajka
- parmezan według uznania
- 2 łyżki octu
- świeżo mielona sól i pieprz
Oliwę rozgrzewamy na patelni. Siekamy czosnek i cebulę, podsmażamy.
Dodajemy szpinak, sól i pieprz (do smaku).
Makaron gotujemy w osolonej wodzie.
W osobnym rondelku zagotowujemy wodę z octem i szybko wbijamy rozbite jajko (to najlepiej wcześniej wbić do miseczki i stamtąd przelać). Gotujemy ok 4 minuty, wyjmujemy łyżką cedzakową na makaron i szpinak.
Podajemy z parmezanem.
Smacznego!
Pozdrawiam!
Praline
sobota, 27 grudnia 2014
Deser na Sylwestra
Święta minęły, a kolejna okazja, by przygotować pyszności już za kilka dni.
Sylwester!
Doskonale rozumiem wszystkich, którym nie chce się czegokolwiek piec, gotować, smażyć z tej okazji. Na wielu stołach pojawią się dietetyczne przekąski, żeby w Nowy Rok wejść z przyzwoitą masą ciała.
Choć i ja powinnam wziąć ten fakt pod uwagę, udaję, że go nie ma. Zajmę się tym później.
Tymczasem prezentuję Wam prosty deser, który wszyscy spóźnieni będą mogli przygotować 5 minut przed przyjściem gości.
Nie wiem czy już wiecie, ale jestem wielką fanką wszystkiego co nadziewane i przekładane!
Lubię wykorzystywać wszystko, co się da, więc i tutaj użyłam pozostałych po świętach orzechów i bez.
Pamiętajcie, kalorie liczy się "od jutra"!
Deser sylwestrowy
na 3 porcje
Orzechy lekko siekamy i łączymy z masą kajmakową.
W naczyniach układamy po kolei: pokruszone bezy-kajmak-dżem-bezy.
W kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę z masłem i polewamy wierzch.
Ee voila!
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
Sylwester!
Tymczasem prezentuję Wam prosty deser, który wszyscy spóźnieni będą mogli przygotować 5 minut przed przyjściem gości.
Lubię wykorzystywać wszystko, co się da, więc i tutaj użyłam pozostałych po świętach orzechów i bez.
na 3 porcje
- 3 garście pokruszonych bez
- 180g masy kajmakowej
- 100g orzechów
- 6 łyżek malin w syropie (po dwie na porcje, sprawdzą się też wiśnie lub dżem porzeczkowy)
- 60g gorzkiej czekolady
- 1 łyżka masła
W naczyniach układamy po kolei: pokruszone bezy-kajmak-dżem-bezy.
W kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę z masłem i polewamy wierzch.
Ee voila!
Smacznego!
Praline
środa, 24 grudnia 2014
Świątecznych słów kilka
Uśmiechnięty pan z telewizora prawi morały o utraconym świątecznym wymiarze Świąt.
Uśmiechnięta pani w radio radzi jak przygotować najpyszniejszy barszcz na zakwasie z butelki sponsorowanej przez sklep X.
Przygnębieni i zmartwieni rodzice biegają przez galerię handlową w poszukiwaniu wciąż nieidealnego prezentu.
Dzieci, jak to na dzieci przystało, marudzą, że nie ma śniegu i wszystko, co oczy zjadły już dawno jest na Święta.
A ja pokonując setki kilometrów obserwuję ludzi w pociągu.
Wszyscy marzą. O cieple, radości, spokoju i blasku wzruszeń w oczach.
Kochani, życzę Wam błogosławionych Świąt.
Zatrzymajmy się, po prostu. A nasz wzrok niech skieruje się na Tego, który przychodzi.
Uśmiechnięta pani w radio radzi jak przygotować najpyszniejszy barszcz na zakwasie z butelki sponsorowanej przez sklep X.
Przygnębieni i zmartwieni rodzice biegają przez galerię handlową w poszukiwaniu wciąż nieidealnego prezentu.
Dzieci, jak to na dzieci przystało, marudzą, że nie ma śniegu i wszystko, co oczy zjadły już dawno jest na Święta.
***
Wszyscy marzą. O cieple, radości, spokoju i blasku wzruszeń w oczach.
Kochani, życzę Wam błogosławionych Świąt.
Zatrzymajmy się, po prostu. A nasz wzrok niech skieruje się na Tego, który przychodzi.
niedziela, 7 grudnia 2014
Świąteczna granola czekoladowo-orzechowa
Warto mieć marzenia.
Spełniają je Małe Anioły, a jeśli im braknie czasu, spełniamy je sobie sami.
Mój był zajęty ważniejszymi sprawami, więc zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy.
Granola chodziła za mną od bardzo dawna.
Z jednej strony chciałam zrobić ją JUŻ, a z drugiej perspektywa spalenia jej nie była motywująca. Umówmy się, na 10 granoli, 7 się przypala. Takie przynajmniej statystki można wywnioskować po przeczytaniu sporej ilości Internetu.
Zapraszam Was na granolę w wersji deLuxe. Z dużą ilością orzechów i czekoladą.
Jest milionkrotnie lepsza od wszelakich kupnych mieszanek muesli i wyrobów podobnych.
Kalorii jej nie brakuje, ale są to najlepsze z najlepszych.
Pierwsza w życiu, nieprzypalona, granola.
Idealny prezent dla najbliższych oraz zdrowa propozycja śniadaniowa!
Świąteczna granola czekoladowo-orzechowa
Piekarnik nagrzewamy do 170st z termoobiegiem
Miód podgrzewamy z olejem, do uzyskania płynnej masy.
Orzechy kroimy na drobniejsze kawałki.
Płatki i orzechy mieszamy z przyprawami, miodem, olejem, jabłkiem, sokiem i skórką z pomarańczy.
Wykładamy na blachę i pieczemy przez 40 minut, co 10 (minut) mieszając.
Czekoladę siekamy w drobne kawałeczki.
Po wyjęciu granoli z piekarnika, do jeszcze gorącej dosypujemy orzechy i czekoladę, łączymy.
Przechowujemy w szczelnych pojemnikach.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
Spełniają je Małe Anioły, a jeśli im braknie czasu, spełniamy je sobie sami.
Mój był zajęty ważniejszymi sprawami, więc zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy.
Granola chodziła za mną od bardzo dawna.
Z jednej strony chciałam zrobić ją JUŻ, a z drugiej perspektywa spalenia jej nie była motywująca. Umówmy się, na 10 granoli, 7 się przypala. Takie przynajmniej statystki można wywnioskować po przeczytaniu sporej ilości Internetu.
Zapraszam Was na granolę w wersji deLuxe. Z dużą ilością orzechów i czekoladą.
Jest milionkrotnie lepsza od wszelakich kupnych mieszanek muesli i wyrobów podobnych.
Kalorii jej nie brakuje, ale są to najlepsze z najlepszych.
Pierwsza w życiu, nieprzypalona, granola.
Idealny prezent dla najbliższych oraz zdrowa propozycja śniadaniowa!
Świąteczna granola czekoladowo-orzechowa
- 450g płatków owsianych
- 50g orzechów laskowych
- 50g migdałów
- 50g rodzynek
- 50g suszonej żurawiny
- 1 duże jabłko, obrane i starte na najdrobniejszych oczkach
- sok i skórka z jednej pomarańczy
- 6 łyżek miodu
- 1 łyżeczka cynamonu
- 5 goździków (utłuczonych w moździerzu)
- 2 łyżki oleju
- 100g gorzkiej czekolady
Piekarnik nagrzewamy do 170st z termoobiegiem
Miód podgrzewamy z olejem, do uzyskania płynnej masy.
Orzechy kroimy na drobniejsze kawałki.
Płatki i orzechy mieszamy z przyprawami, miodem, olejem, jabłkiem, sokiem i skórką z pomarańczy.
Wykładamy na blachę i pieczemy przez 40 minut, co 10 (minut) mieszając.
Czekoladę siekamy w drobne kawałeczki.
Po wyjęciu granoli z piekarnika, do jeszcze gorącej dosypujemy orzechy i czekoladę, łączymy.
Przechowujemy w szczelnych pojemnikach.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
wtorek, 2 grudnia 2014
Pomarańczowo-korzenna kaczka z fasolowym puree
No dobrze. Nie ma co się oszukiwać, świąteczna atmosfera i mnie powoli się udziela.
Blask roratnich świec w wielkiej bazylice, pokraczni panowie w przebraniu Mikołaja i kubeczek aromatycznej gorącej czekolady.
Tak świąteczne nastraja Adwent w krakowskim wydaniu.
Z soku i skórki pomarańczy, miodu, oleju, goździków, cynamonu, pieprzu oraz soli robimy marynatę do mięsa.
Pierś kaczki nacinamy na skórze i wsadzamy do marynaty na minimum 30 minut.
W tym czasie siekamy cebulę i szklimy ją na rozgrzanym w rondlu maśle (1 łyżka).
Po około 4 minutach dodajemy do niej odsączoną fasolę i razem podsmażamy.
Kiedy fasola zacznie się rozpadać i tworzyć jednolitą masę, dodajemy pokrojone na mniejsze kawałki brie. Po rozpuszczeniu sera wszystko razem blendujemy.
Rozgrzewamy pozostałe masło na patelni i smażymy z obu stron pierś kaczki.
Na talerzu układamy kolejno puree i gotową pierś.
W ostatniej chwili, na patelnię, na której smażyła się kaczka wrzucamy migdały i lekko podsmażamy z powstałym sosem.
Polewamy na wierzchu i podajemy.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
ps. Czy to się nazywa Boże Narodzenie w wersji fusion?
Dziś szczególnie!
Blask roratnich świec w wielkiej bazylice, pokraczni panowie w przebraniu Mikołaja i kubeczek aromatycznej gorącej czekolady.
Tak świąteczne nastraja Adwent w krakowskim wydaniu.
W swoich małych czterech kątach myślami przenoszę się już gdzieś do miejsca z białym obrusem, gdzie pachnie lasem, a blask świec otula wszystkie kąty..
.. gdzieś w mojej wyobraźni, na białych talerzach w towarzystwie białych bluzek serwują...
.. gdzieś w mojej wyobraźni, na białych talerzach w towarzystwie białych bluzek serwują...
Pomarańczowo-korzenna kaczka z fasolowym puree
na 2 porcje
- 1 pierś z kaczki (lub kawałek polędwicy wieprzowej ok 300-400g)
- 1 pomarańcza
- 5 goździków
- 1 łyżeczka oleju
- kawałek kory cynamonu (lub 1/4 łyżeczki mielonego)
- 1 mała cebula
- 1 puszka białej fasoli
- sól
- pieprz
- 30g migdałów
- 50g brie
- 3 łyżki miodu
- 1 łyżka masła
Z soku i skórki pomarańczy, miodu, oleju, goździków, cynamonu, pieprzu oraz soli robimy marynatę do mięsa.
Pierś kaczki nacinamy na skórze i wsadzamy do marynaty na minimum 30 minut.
W tym czasie siekamy cebulę i szklimy ją na rozgrzanym w rondlu maśle (1 łyżka).
Po około 4 minutach dodajemy do niej odsączoną fasolę i razem podsmażamy.
Kiedy fasola zacznie się rozpadać i tworzyć jednolitą masę, dodajemy pokrojone na mniejsze kawałki brie. Po rozpuszczeniu sera wszystko razem blendujemy.
Rozgrzewamy pozostałe masło na patelni i smażymy z obu stron pierś kaczki.
Na talerzu układamy kolejno puree i gotową pierś.
W ostatniej chwili, na patelnię, na której smażyła się kaczka wrzucamy migdały i lekko podsmażamy z powstałym sosem.
Polewamy na wierzchu i podajemy.
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
ps. Czy to się nazywa Boże Narodzenie w wersji fusion?
wtorek, 25 listopada 2014
Makaron z karmelizowaną cebulą i parmezanem, kryzysowy.
Co zrobić kiedy książki prosto z biblioteki wpadają pod tramwaj, a ciężko zarobione pieniądze pożera ze smakiem i cieknącą ślinką wpłatomat?
No jak nic zakopać się pod kostką brukową, pokazać wpłatomatowi język albo rozpłakać się przed pierwszym lepszym przechodniem.
Z kostką się nie udało, bo nigdzie nie rozdawali kilofów.
Język nieładnie pokazywać, nie przystoi młodym damom.
Na płakanie nie było czasu.
Najlepiej zrobić makaron z karmelizowaną cebulą i parmezanem.
Otoczyć go w żołądku kojącymi kroplami wina i przy małej świecy posłuchać dobrych brzmień.
...
A jutro w wyśmienitym nastroju wybrać się do biblioteki, banku i miejsca pełnego słodyczy, o którym na blogu już niebawem :)
Makaron z karmelizowaną cebulą i parmezanem
na 2 porcje
Na rozgrzaną patelnię wysypujemy szczyptę soli, następnie podgrzewamy masło i na małym ogniu podsmażamy cebulę.
W tym czasie zagotowujemy osoloną wodę i gotujemy makaron.
Do podsmażonej i zeszklonej cebuli dodajemy cukier i podsmażamy jeszcze przez chwilę.
Cebulę łączymy z makaronem.
Na patelni, na której przygotowywaliśmy cebulę podsmażamy rozdrobnione mięso.
Łączymy wszystko razem.
Przed podaniem makaron zwieńczamy parmezanem.
... i pamiętajcie o winie!
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
ps. A do posłuchania, to:
No jak nic zakopać się pod kostką brukową, pokazać wpłatomatowi język albo rozpłakać się przed pierwszym lepszym przechodniem.
Z kostką się nie udało, bo nigdzie nie rozdawali kilofów.
Język nieładnie pokazywać, nie przystoi młodym damom.
Na płakanie nie było czasu.
Najlepiej zrobić makaron z karmelizowaną cebulą i parmezanem.
Otoczyć go w żołądku kojącymi kroplami wina i przy małej świecy posłuchać dobrych brzmień.
...
A jutro w wyśmienitym nastroju wybrać się do biblioteki, banku i miejsca pełnego słodyczy, o którym na blogu już niebawem :)
Makaron z karmelizowaną cebulą i parmezanem
na 2 porcje
- 200g makaronu (może być tagliatelle lub spaghetti)
- 1 duża lub 2 małe białe cebule
- 3 łyżki masła
- 1 1/2 łyżeczka brązowego cukru
- 150g pieczonego mięsa
- 4 łyżki parmezanu
- sól i pieprz
Cebulę kroimy w pióra.
W tym czasie zagotowujemy osoloną wodę i gotujemy makaron.
Do podsmażonej i zeszklonej cebuli dodajemy cukier i podsmażamy jeszcze przez chwilę.
Cebulę łączymy z makaronem.
Na patelni, na której przygotowywaliśmy cebulę podsmażamy rozdrobnione mięso.
Łączymy wszystko razem.
Przed podaniem makaron zwieńczamy parmezanem.
... i pamiętajcie o winie!
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
ps. A do posłuchania, to:
niedziela, 23 listopada 2014
wtorek, 18 listopada 2014
Sałatka z pomidorków cherry z prażonym słonecznikiem i parmezanem
Czy można jednocześnie nie lubić się nudzić i kochać się lenić?
Często uświadamiam sobie jak wiele paradoksów funkcjonuje tak po prostu.
Czasem ot tak, czasem z przypadku, czasem dla zabawy, czasem z ciekawości.
Łączą się w pary różnorakie. Przymiotniki, czasowniki, przysłówki..
A ja wrzucam do miski garściami.
Leniwe, wygrzewające się w słońcu (uwierzmy, że taki właśnie miały żywot) różnokolorowe pomidorki cherry. Ostre i aromatyczne wiórki twardego parmezanu oraz twarde i chrupiące prażone pestki swojskiego słonecznika.
Choć pachnie bardziej latem, jest niesamowicie jesienna!
Sałatka!
Taki zestaw będzie bardzo dobrze smakował w towarzystwie rukoli!
Często uświadamiam sobie jak wiele paradoksów funkcjonuje tak po prostu.
Czasem ot tak, czasem z przypadku, czasem dla zabawy, czasem z ciekawości.
Leniwe, wygrzewające się w słońcu (uwierzmy, że taki właśnie miały żywot) różnokolorowe pomidorki cherry. Ostre i aromatyczne wiórki twardego parmezanu oraz twarde i chrupiące prażone pestki swojskiego słonecznika.
Sałatka!
Potrzebujemy:
na 2 porcje
- 500g różnokolorowych pomidorków cherry
- 3 łyżki słonecznika
- 2 łyżki tartego parmezanu
- 1 ząbek czosnku
- 1 łyżeczkę miodu
- 1 łyżeczka soku z cytryny
- 2 łyżki oliwy
- szczyptę soli gruboziarnistej
- 1 ziarenko pieprzu
Pomidorki kroimy na ćwiartki.
Z oliwy, miodu, soku z cytryny, czosnku przeciśniętego przez praskę oraz zmiażdżonej w moździerzu soli z pieprzem robimy sos.
Mieszamy z pomidorkami, odstawiamy,
Na suchej patelni podprażamy słonecznik, co chwila mieszając, aby równomiernie się zarumienił.
Lekko studzimy (dzięki temu pozostanie chrupiący).
Wszystkie wcześniej przygotowane składniki łączymy razem z parmezanem zaraz przed podaniem
Smacznego!
Pozdrawiam,
Praline
środa, 12 listopada 2014
Pod Nosem.
Blisko, bliziutko.
Przytulnie, cichutko.
Elegancko i z klasą, choć pod nosem.
W tle słychać szepty obsługi i gwar pobliskiego Wawelu.
Przy stoliku obok piękna Pani z Panem, z lampką wina w ręce.
Mikroskopijna (!) karta dań i pełna drobnych smakowych niuansów karta win.
Zawojowała krakowski rynek restauracyjny w mgnieniu oka. Otwarta w wakacje, ma za sobą małe i wielkie wydarzenia oraz sławnych gości.
Pod Nosem było moją małą fanaberią.
Odkąd pierwszy raz na facebooku mignęło mi jakieś zdjęcie, zakochałam się w ciemno.
Lubię takie miejsca. Piękne, gustowne, szykowne.
To jedno z tych, do których należy się odpowiednio ubrać.
Można przyjść i tylko siedzieć przy kawie. Oddychać luksusem i wyjątkowością.
Odwiedziłam Pod Nosem w zeszły weekend. Choć początkowo miałam plan zrobić to w tygodniu, kiedy codziennie w menu znajduje się specjalny lunch. Wybrałam jednak sobotę i testowy zestaw: kawę i ciasto. Towarzyszyła mi, znana starym bywalcom M.
Od samego progu przywitała nas bardzo miła i młoda kelnerka w schludnym uniformie, a gdzieś w zasięgu wzroku uwijali się niespiesznie panowie kucharze w biało-czarnych fartuchach.
Zastałyśmy zaprowadzone do wolnego stolika (było południe, więc prawie wszystkie były wolne). Kiedy tylko zaczęłyśmy się rozbierać, Pani znów wyrosła jak spod ziemi i zabrała płaszcze do małej szatni wydzielonej z sali.
Chwilę później dostałyśmy karty, wybór był szybki i precyzyjny.
Zaraz po złożeniu zamówienia, zastawa, która była przygotowana dla przystawek zniknęła, a na jej miejscu pojawiła się kawa i sztućce do deseru.
Espresso w miniaturowej filiżance będącej dziełem sztuki, skupiało całą naszą uwagę.
Bardzo dobre. Jednak wzór porcelany przyćmił jego smak.
Chwilę później dostałyśmy desery.
M wybrała tartę gruszkową. Tradycyjną i niewyszukaną. Domową.
Szczerze mówiąc zdziwiła mnie taka prosta pozycja w menu. Smaczna, natomiast obyło się bez fajerwerków (zdjęcie się nie zachowało).
Obyło się bez fajerwerków, bo te czekały w moim torcie marakujowym.
Kompletne szaleństwo smaków i aromatów.
Na delikatnym biszkoptowym spodzie fantastycznie rześka masa marakujowa, a na samej górze orzeźwiająca resztę bita śmietana, na moje oko z odrobiną białej czekolady lub mascarpone. "Kropką nad i" był dodatek limonki, który wynosił nasze kubki smakowe, na zupełnie odległe i błogie wyżyny.
Miejsce idealne. Nieco drogie, ale warte swojej ceny.
Obsługa na najwyższym poziomie, o czym świadczy choćby fakt, że kiedy niezauważenie i przez przypadek zrzuciłam serwetkę, Pani kelnerka szybko, bez zbędnego ruchu podniosła ją. Zorientowałam się o wszystkim dopiero po fakcie, kiedy przyniosła nową.
Wnętrze jest bardzo spójne i koresponduje z innymi elementami odznaczającymi Pond Nosem jako markę. Powyżej widzicie lampę w kształcie logo. Brawo!
Arrasy na ścianach, wzorzyste poduszki w ławach i świeże kwiaty dopieszczają całość w najlepszym wydaniu. Ponieważ tak tam kolorowo i z umiarkowanym przepychem, najlepsza do wizyty jest jak najbardziej klasyczna wersja naszej garderoby. Nie jest jednak sztywno, więc w ciągu dnia dobrze skrojone dżinsy z koszulą i drobnym naszyjnikiem zaliczą ubiorowy egzamin.
Jedyną rzeczą, która gdzieś raziła mnie w oczy był "talerz", na którym podano nam deser. Bardziej przypominał deskę z dziwnego materiału, na której można by pięknie wyeksponować kryształy. Ciasto nie wyglądało źle, ale nie pasowało do całości. Wnętrza i zastawy. Miało chyba być nowocześnie, a wyszło średnio. Myślę, że dużo lepiej w tej roli spełniłyby się zwykłe białe talerze. Ciasta zostałyby pięknie podane, a porcelana z porcelaną, wiadomo.
Pomimo tej drobnej uwagi, do niczego więcej nie mogę się doczepić.
Warto zostawić tam pieniądze. Wrócą w daniach, czystości i obsłudze.
Pierwszy raz jak najbardziej udany, z pewnością wrócę tam na kolację, zwiedzić piwniczne podziemia.
Fanaberia nawet na studencką kieszeń. Fanaberie już tak mają.
(Kawa+ciastko 25zł, choć można trafić na promocję dnia. W sobotę za 15zł serwowano gorącą czekoladę z wybranym ciastem)
Pozdrawiam!
Praline
ps. Pierwsze cztery zdjęcia pochodzą z facebookowego profilu Pod Nosem, który możecie znaleźć tutaj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































